Masz wyjątkową okazję (swoje życie), aby wykonać wyjątkowe zadanie (Twoja misja). Jedyną odpowiedzią o sens życia jest wzięcie odpowiedzialności za swoje życie i wypełnienie misji, do której zostałeś stworzony. Możesz jednak postarać się nie wykonać tego zadania i nie wykorzystać swoich talentów. Moje życie jest bez sensu, czy to czas pociąć się mydłem w płynie? 2014-03-30 22:34:53 Życie nie ma sensu :/ 2011-11-14 21:04:55 Załóż nowy klub Ehh wydaje ci się. Na pewno masz myśli samobójcze, ale ja sądze że to taki wiek dojrzewania.. nie rób sobie krzywdy i innym.. pokochaj życie i żyj optymizmem :). Pozdrawiam :*. 5. 0. hiijustmetyou. odpowiedział (a) 20.12.2012 o 19:02: nie rób tak że co chesz to masz - to będzie nudne, staraj się na to zapracować jakoś. Na to nigdy nie jest za późno. Możesz popracować nad swoim samopoczuciem . Sądzę, że dobrym pomysłem na nawiązanie kontaktu z innymi byłoby przyłączenie się do drużyny grającej w grę zespołową, którą lubisz lub dołączenie do koła zainteresowań. Możesz w ten sposób uczyć się rozmawiać z innymi i utrwalać relacje. . #1 magic4744 Nowy uczestnik Bywalec 18 postów @Przywołaj Napisano 19 grudzień 2012 - 23:08 Witam Mam 26 lat praktycznie cale zycie jestem sam nigdy niebylem w prawdziwym zwiazku z dziewczyna chociaz bardzo bym chcial ale ogolnie jestem niesmialy i mam problem z tzw zagadaniem kiedys jeszcze z tym walczylem chodzilem na dyskoteki i w inne miejsca gdzie mozna poznac dziewczyne jednak bezskutecznie kilkanascie miesiecy temu cos we mnie peklo calkiem zrezygnowalem ze wszystkiego przestalem wychodzic z domu przez co stracilem kontakt ze wszystkimi sobie ze zycie ma sens tylko wtedy gdy zyje sa dla kogos... dla siebie samego to niema sensu Do góry #2 Venefica Venefica Średniozaawansowany Bywalec 224 postów Płeć:Kobieta @Przywołaj Napisano 19 grudzień 2012 - 23:37 Wiesz jest takie przysłowie "lepiej kochać i stracić niż nie kochać nigdy". Zapewniam Cię, że ten kto to wymyślił nie wiedział o czym mówi. Spróbuj żyć dla siebie. Właściwie to jeśli ty będziesz szczęśliwszy to i tym szczęściem możesz "zwabić" jakąś miłą maniurkę. A może Tobie się akurat poszczęści. Trzeba się przełamać. No, a teraz niech ktoś napisze coś bardziej sensownego niż ja Balladyna lubi to Do góry #3 zly Napisano 20 grudzień 2012 - 00:11 Zycie dla samego siebie nie ma najmniejszego sensu. Ja mam 25 lat, cale zycie sam, nigdy nie mialem dziewczyny, nie umiem zagadac, umialbym gdybym wygladal jak prawdziwy facet, tylko to mnie powstrzymuje. a to przysłowie nie jest głupie. Gdybym kogos kochal i byl kochany to bym przynajmniej wiedzial, ze mam szanse u jakiejs dziewczyny. Rodzina i reszta ciagle beda pocieszac, mowic, ze w koncu sie kogos znajdzie i inne rzeczy, w ktore sami nie wierza. Wiem co czujesz, bo moja sytuacja wyglada niemal identycznie, z tym, ze ty mozesz miec jakies nadzieje, bo pewnie wygladasz chociaz jak normalny facet. Sprobuj gdzies wychodzic, pewnie uda ci sie jakas poznac, z czasem nabierzesz pewnosci siebie ale musisz to cwiczyc. Do góry #4 Venefica Venefica Średniozaawansowany Bywalec 224 postów Płeć:Kobieta @Przywołaj Napisano 20 grudzień 2012 - 01:34 @zły zaczyna mnie intrygowac co jest nie tak z Twoim wygladem, ze tak się przejmujesz. Nie odbierz tego źle to czysta ludzka ciekawość. Do góry #5 magic4744 magic4744 Nowy uczestnik Bywalec 18 postów @Przywołaj Napisano 20 grudzień 2012 - 12:56 a mozesz powiedziec, jak to sobie uswiadomiles,skoro nigdy z nikim nie byles i tak na dobra sprawe nie masz porownania obu stanow?Gdybysmy mieli zyc dla kogos,to moze rodzilibysmy sie od razu w parach />Ok,to glupie ale jakos nic lepszego nie przychodzi mi do daje zycie dla kogos? A jak ta osoba nagle zniknie,umrze, to co? Zalamka i z powrotem nie ma sensu?Zyje sie dla SIEBIE. Mozna Z kims, W OTOCZENIU INNYCH, ale to dalej jest zycie dla siebie. Nie jestesmy czyjąc nogą czy nosem,czescia kogos. Wiem,jak komus sie tam marzy wielka romantyczna milosc to i tak to do niego nie dotrze,bo stwierdzic ze czegos mi bardzo brakuje w zyciu nie musze tego doswiadczac jednak bylem w swoim zyciu zakochany oczywiscie bez wzajemnosci i byl to zwiazek krotkotrwaly wszystko co robi sie w zyciu robi sie w jakims celu poprostu brak milosci , rodziny mozna porownac do braku tlenu. Dlugotrwaly brak kobiety dla mezczyzny jest bardzo niszczacy mysle ze jak bym sie zakochal z wzajemnoscia to dostalem bym takiego pozytywnego kopa i zastrzyk energii ze cala depresja by przeszla i swiat nabral by kolorowych barw . Gdybysmy mieli zyc dla kogos,to moze rodzilibysmy sie od razu w parach />Mysle ze to przychodzi z wiekiem bedac mlodym czlowiekiem tudziez dzieckiem nie potrzeba bliskosci drugiej osoby patrzac na zakochane pary tez by sie chcialo do kogos przytulic itd i taka mysl bardzo doluje do pewnego czasu mozna z tym walczyc tlumaczac sobie ze jeszcze jest czas ze kiedys ten stan rzeczy sie zmieni jednak po paru latach przychodzi zrezygnowanie i myslenie po co mi te wszystkie pieniadze i to wszystko tylko dla mnie samego jak i tak to mi nie da szczescia ... Do góry #6 magic4744 magic4744 Nowy uczestnik Bywalec 18 postów @Przywołaj Napisano 22 grudzień 2012 - 19:06 Dobrze,ze jednak nie poszlam na psychologie,bo szczerze mowiac nie wiem jakimi argumentami mialabym trafić do kogos,kto ma swoją, tak twardą wizję....To dlaczego wlasciwie sie tu zarejestrowales? Jakiej oczekujesz pomocy? Porad jak masz wyrwac laske czy jak /> ?Bo moze ja sie tu niepotrzebnie produkuje-przeciez Ty wiesz,ze szczescie w 100 proc. zagwarantuje Ci co myslisz,gdy widzisz skaczące sobie do gardeł pary /> ? Gdy slyszysz jak sie wyzywają? AAa sory zapomniałam, ze na ulicach rzadko mozna cos takiego zobaczyc,bo tylko z wielkim ćwierkaniem się obnosi i lansuje,a brudy pierze sie w zaciszu domowym. Pozniej ludzie cierpia na ten syndrom co Ty "widzialem same pary zakochane na miescie,a ja jestem sam i to przez to jestem taki nieszczesliwy". Ale ok,zalozmy ze znajdujesz te sowja ukochaną wymarzoną,zakladasz rodzine itp,a potem ona Cie zdradza,okazuje sie suką,robi co dzien klotnie o pierdoly,jest zazdrosna przesadnie i Cie ogranicza-wkalulowales to sobie w swoja wizje szczescia? A to wclae nie sa az tak rzadkie i niespotykane zjawiska. Oczywiscie zycze szczescia i trafienia w akurat tą tu tylko dlatego aby sie z kims podzielic swoimi zmartwieniami poniewaz w swiecie realnym udaje ze wszystko jest ok staram sie usmiechac i byc twardym facetem jednak w mojej glowie jest zupelnie co innego o czym niewie nikt . Ja wiem ze do szczescia brakuje mi jedynie milosci .Ale ok,zalozmy ze znajdujesz te sowja ukochaną wymarzoną,zakladasz rodzine itp,a potem ona Cie zdradza,okazuje sie suką,robi co dzien klotnie o pierdoly,jest zazdrosna przesadnie i Cie ogranicza-wkalulowales to sobie w swoja wizje szczescia? A to wclae nie sa az tak rzadkie i niespotykane zjawiska. Oczywiscie zycze szczescia i trafienia w akurat tą ze poznam taka osobe ktora bedzie mnie kochala i ja bede kochal Do góry #7 magic4744 magic4744 Nowy uczestnik Bywalec 18 postów @Przywołaj Napisano 01 styczeń 2013 - 17:11 Nowy rok a ja sobie uswiadomilem ze jestem sam jak palec wszyscy gdzies sie bawili na sylwestra a ja siedzialem w domu koledzy ktorych mam to tylko dzwonia jak nie maja sie z kim piwa napic ;/ Kolejny rok a ja jednak w perspektywie czasu nie widze szans ze cos sie zmieni pewnie bedzie taki sam jak poprzedni coraz czesciej mysle po co mi takie nudne zycie mysle ze w taki sposob pociagne max do 30-tki. Poprostu przegralem zycie Do góry #8 failure failure Nowy uczestnik Bywalec 20 postów Płeć:Kobieta Lokalizacja:łódzkie @Przywołaj Napisano 01 styczeń 2013 - 20:29 Myślę, że sam fakt zarejestrowania się na forum to krok na przód - są tu ludzie podobni do Ciebie, samotni, smutni, którzy Cię rozumieją. Osobiście łatwiej jest mi się otworzyć przed ludźmi, których nie znam, dlatego wylanie swoich uczuć tutaj przynosi chociaż minimalną ulgę. Co do miłości - nie szukaj jej na siłę, wierzę, że przyjdzie, ale w odpowiednim czasie. Niemożliwe jest stworzenie szczęśliwego związku z kimkolwiek, jeśli nie akceptuje się swojego 'ja'. Na początku spróbuj zrobić coś dla siebie, żeby poczuć się chociaż trochę lepiej /> I oczywiście zaglądaj na forum! Użytkownik failure edytował ten post 01 styczeń 2013 - 20:29 death is only a chapter, so lets rip out the pages of is only a horizon. and I'm ready for sun to set. Do góry #9 wersja do poprawki wersja do poprawki Nowy uczestnik Bywalec 16 postów Płeć:Nie ustawione @Przywołaj Napisano 01 styczeń 2013 - 20:38 jak ty przegrales to co ma powiedziec ja - po 30 sama i dotego zdziwaczala. Mialam kiedys dawnokogos ale jak mi na koncu powiedzial ze "nigdy nie lubil grubych dziewczyn tylko takie bardzo chude i sam sie dziwi czemu ze mna jest" to mi sie permanentnie odechcialo tego gowna - szmnie zwanego zwiazkiem dziekuje postoje Do góry #10 magic4744 magic4744 Nowy uczestnik Bywalec 18 postów @Przywołaj Napisano 02 styczeń 2013 - 13:10 @ failure Jezeli chodzi o mnie to rowniez ciezko jest mi mowic o swoich problemach do ludzi w cztery oczy wszystko staram sie trzymac w ze moja depresja trwa juz kilka lat co do milosci to najprawdopodbniej juz nikogo nie poznam mimo ze niejestem brzydki tylko przecietny ale poprostu niemam gdzie tej osoby poznac bo wogole niechce mi sie wychodzic z domu robie to z koniecznosci np zakupy ale tak naprawde niemam gdzie isc bo chociazby pieniadze zarabiam nie wychodzac z domu ;/ @ wersja do poprawki Przykro mi ze poznalas takiego czlowieka i to pewnie przez niego masz depresje dlatego tym bardziej powinnas wziasc sie w tzw garsc i pokazac mu ze niewiedzial co traci. Użytkownik magic4744 edytował ten post 02 styczeń 2013 - 13:11 Do góry #11 failure failure Nowy uczestnik Bywalec 20 postów Płeć:Kobieta Lokalizacja:łódzkie @Przywołaj Napisano 02 styczeń 2013 - 20:23 Moze sprobuj jakiejs formy aktywnosci fizycznej? To pewnie ostatnia rzecz, na ktora masz ochote, ale wysilek fizyczny sprzyja uwalnianiu endorfin, Twoje samopoczucie na pewno sie poprawi. Poza tym to juz jakies wyjscie na swiat, oprocz wizyt w supermarkecie. Albo zacznij rozwijac swoje zainteresowania, poszukaj podobnych do siebie ludzi death is only a chapter, so lets rip out the pages of is only a horizon. and I'm ready for sun to set. Do góry #12 magic4744 magic4744 Nowy uczestnik Bywalec 18 postów @Przywołaj Napisano 03 styczeń 2013 - 12:42 failure dzieki ze piszesz w moim temacie Jezeli chodzi o sport to on mnie tak naprawde trzyma przy zyciu mam prywatna silownie i trenuje juz wiele lat . Podczas treningu jak i po nim naprawde zapominam o depresji jest to chwila w ktorej czuje sie bardzo dobrze Jednak najgorzej jest rano bywa ze niemam ochoty ruszac sie z lozka ;/ a w nocy niemoge usnac . Procz supermarketu i innych zakupow tak naprawde niemam gdzie wyjsc. Pozdrawiam Do góry #13 failure failure Nowy uczestnik Bywalec 20 postów Płeć:Kobieta Lokalizacja:łódzkie @Przywołaj Napisano 03 styczeń 2013 - 17:20 Np, forum jest po to, żeby wzajemnie się wspierać. Dobrze, że regularnie ćwiczysz. Nic dziwnego, że po nieprzespanej nocy nie masz ochot wstawać. Jeśli długo to trwa, spróbuj iść do lekarza, może on coś poradzi. Przede wszystkim unikaj spania w ciągu dnia. Na bezsenność najgorzej wpływa bierność - jeśli nie możesz zasnąć, wstań, zrób sobie coś do jedzenia, poczytaj książkę. Sama miałam długie epizody bezsenności, po dwutygodniowym niespaniu siedziałam całe noce na chatroulette albo czytałam, to lepsze niż leżenie w łóżku i tonięcie w negatywnych myślach. Z resztą deprywacja snu była kiedyś stosowana do leczenia depresji. Co do wychodzenia, może spróbuj iść na spacer, poznać swoje miasto? Takie przechadzki pomagają się zrelaksować, no i może będzie się lepiej spało po krótkim przewietrzeniu. death is only a chapter, so lets rip out the pages of is only a horizon. and I'm ready for sun to set. Do góry #14 magic4744 magic4744 Nowy uczestnik Bywalec 18 postów @Przywołaj Napisano 03 styczeń 2013 - 20:37 Wiesz chodzi o to ze ja spie czasem 9 gdodzin i niemam ochoty wstawac rano mam takiego dola ze niemam ochoty nawet sie odezwac pozniej z godziny na godziny jest coraz lepiej a wieczorem zle samopoczucie znowu powraca dlatego czasem wypije sobie 1 piwo na poprawe nastroju Do lekarza niebede szedl bo on jedyne co moze zrobic to zapisac jakies tam leki a ja na psychotropach niemam zamiaru jechac chyba ze juz bedzie ze mna naprawde zle .Najgorsze jest to ze niemam zadnego celu w zyciu praktycznie tylko egzystuje z dnia na dzien niemam zadnych planow na przyszlosc tak naprawde jest to dlugie wyczekiwanie smierci bez zadnych przyjemnosci ,jakiegokolwiek szczescia tylko chwilowe poprawy nastroju po za tym wieczne zdolowanie ;/ Do góry #15 failure failure Nowy uczestnik Bywalec 20 postów Płeć:Kobieta Lokalizacja:łódzkie @Przywołaj Napisano 03 styczeń 2013 - 20:48 Przynajmniej masz te chwilowe poprawy nastroju, to już coś. Cel sam musisz sobie ustalić, nikt tego za Ciebie nie zrobi. Pomyśl, jakie masz marzenia, co chciałbyś w życiu osiągnąć. Przy samozaparciu i wierze w siebie wszystko jest możliwe. Trzeba się tylko pozbierać. A 9 godzin to dużo, spróbuj spać 7-8, może samopoczucie Ci się poprawi. Siedzenie w domu sprzyja depresji, lepiej wyjść chociaż na chwilę. death is only a chapter, so lets rip out the pages of is only a horizon. and I'm ready for sun to set. Do góry #16 magic4744 magic4744 Nowy uczestnik Bywalec 18 postów @Przywołaj Napisano 03 styczeń 2013 - 20:59 Wiesz w tych chwilach w ktorych czuje sie pozytywnie przez glowe przechodzi mi wiele pomyslow na przyszlosc czasem sobie cos zaplanuje ze nastepnego dnia cos zrobie jednak po obudzeniu niemam na nic ochoty i to jest takie bledne ze nie tak dawno poznalem przez internet dziewczyne troche ze soba pisalismy itd chcialem sie z nia spotkac ale on znalazla juz sobie kogos innego wiec znowu sie zdolowalem Kiedys mialem jakies marzenia jednak teraz jest mi wszystko jedno ;/ Do góry #17 failure failure Nowy uczestnik Bywalec 20 postów Płeć:Kobieta Lokalizacja:łódzkie @Przywołaj Napisano 04 styczeń 2013 - 15:43 Spróbuj trzymać się tym pozytywnych momentów. Co do znajomości, to przez internet możesz zawrzeć ich wiele, tak samo jak w realnym świecie. Skoro nie masz ochoty wychodzić, to bądź aktywny na forach, tutaj też jest wielu ludzi. Może spróbuj wrócić do tych marzeń z przeszłości, może warto je odkopać? death is only a chapter, so lets rip out the pages of is only a horizon. and I'm ready for sun to set. Do góry #18 magic4744 magic4744 Nowy uczestnik Bywalec 18 postów @Przywołaj Napisano 13 styczeń 2013 - 16:26 Witam Nie bylo mnie tu kilka dni ale moj nastroj sie troche poprawil postanowilem wiecej spotykac sie z ludzmi. Zalozylem profil na sympatii i napisalem do wielu dziewczyn z mojej okolicy kilka odpowiedzialo i mamy kontakt poprzez gg byc moze niedlugo umowie sie z jedna na spotkanie ale troche brak mi odwagi niewiem czy sie jej spodobam oraz czy bede dobrym rozmowca dlatego musze sie do tego jeszcze troche przygotowac i nabrac zdecydowanie wiecej pewnosci siebie ;)Mam zamiar zapisac sie rowniez do klubu fittnes i realizowac wlasne marzenia jak radzila failure a moze wszystko sie ulozy bo na milosc nigdy nie jest za pozno ... Do góry #19 failure failure Nowy uczestnik Bywalec 20 postów Płeć:Kobieta Lokalizacja:łódzkie @Przywołaj Napisano 13 styczeń 2013 - 21:56 No widzisz, to mi się podoba Wszystkiego dobrego! death is only a chapter, so lets rip out the pages of is only a horizon. and I'm ready for sun to set. Do góry #20 DarkShadow DarkShadow Bywalec Bywalec 946 postów Płeć:Mężczyzna @Przywołaj Napisano 13 styczeń 2013 - 23:34 Wiesz w tych chwilach w ktorych czuje sie pozytywnie przez glowe przechodzi mi wiele pomyslow na przyszlosc czasem sobie cos zaplanuje ze nastepnego dnia cos zrobie jednak po obudzeniu niemam na nic ochoty i to jest takie bledne ze nie tak dawno poznalem przez internet dziewczyne troche ze soba pisalismy itd chcialem sie z nia spotkac ale on znalazla juz sobie kogos innego wiec znowu sie zdolowalem /> Kiedys mialem jakies marzenia jednak teraz jest mi wszystko jedno ;/Nie wiem czemu nie trafiłem na Twój temat wcześniej. Mam dość podobne problemy, tylko że ja nawet nie skończyłem jeszcze studiów, o pracy nie mówiąc. Przez praktycznie całe życie nie gadałem z kobietami, lub tylko krótko na przykład w autobusie, albo wymiana 2 zdań w szkole. Dopiero od jakiegoś roku zaczynam to 'wszystko unormalniać'. Co oczywiście wcale nie oznacza że zaraz znajdę sobie kogoś. Ze snem też mam podobnie. Czasem nie mogę spać, ale w końcu raczej zasne, a wtedy śpie 8-10h i.. budzę się zmęczony, nic mi się nie chce. Heh, marzenia to tak naprawdę jedyne co mnie utrzymało przy życiu do dziś, rozwijanie siebie, swoich zdolności, nie dla innych, nie na pokaz, tak po prostu dla siebie i to Ci polecam. Cokolwiek lubisz, rób to. Zapisałeś się do klubu fitness i to jest krok w dobrą stronę, im więcej ludzi znasz tym większą masz szanse na poznanie jakiejś fajnej dziewczyny. Powiem Ci na swoim przykładzie:do roku 2012 znałem może z 1 dziewczynę z którą wogóle rozmawiałem regularnie tj. więcej niż raz na miesiąc, JEDNĄ! Bo siedziałem w domu i użalałem się nad sobą. Potem zacząłem spotykać się z kolegami, zdziwili się że w końcu chce się ruszyć z domu, nieważne. Poznałem przynajmniej 8 fajnych dziewczyn z którymi gada mi się fantastycznie, jedna wykazuje nawet coś więcej, może coś z tego będzie, może nie, ale w końcu zobaczyłem że da się normalnie sobie radę, każda rozmowa z kobietą doda Ci pewności siebie, zobaczysz. If somebody loved you and left you for deadYou got to hold on to your time till you breakThrough these times of trouble Do góry Życie jest bez sensu Tylko leżę w łóżku i myślę jak tu się wyrwać od problemów, ale tak nie można bo tak nawet sie nie da. Kurde jak mogę sobie pomóc, chyba po prostu muszę z kimś pogadać, czyli z przyjaciółką, ale jest chora, wiec nie mogę się z nią umówić. Już tak nie mogę żyć, muszę uciec od tego wszystkiego. Tylko mogę się modlić o normalne życie. Może nie mam tyle problemów, że aż nie mogę wytrzymać, ale mam trochę. Miałam gorzej miesiąc temu gdy się pokłóciłam z koleżanką i też zamknęłam się w sobie. Ale teraz jest lepiej, rozmawiam z nią i bardzo ją kocham jak własną siostrę. Jest tylko jeden problem, że nie mogę teraz się otworzyć przed kimś, czyli nie mogę z kimś o czymś pogadać, bo wtedy dostaję tyki nerwowe. Co raz bardziej nie mogę sobie z tym poradzić. Może się martwię, czy zdam albo, czy mi ktoś coś zrobi, bo nie wiem dlaczego ale boje się wszystkiego. Mam takie wyobrażenie że ktoś nie długo mi przywali tak mocno że strace przytomność. Ale nie mogę się takich rzeczy bać, bo nie wiadomo co się stanie jutro, ani za tydzień. Trzeba żyć chwilami którymi będziemy pamiętać cały życie. I jutro do szkoły znowu cały czas smutek, który nie mogę pokazywać bo inaczej byłabym sama. Dzisiaj mi jest trochę lepiej może dlatego że rozmawiam z siostrą albo że mam lepszy dzień, no nie wiem ale dziękuje wszystkim którzy wierzą we mnie i że nie zapomną o mnie. Pozdro dla przyjaciół i dla tych co to czytają :) Napisała: Dziewczyna w lekkim smutku :) Większość z nas, uzależnionych, podejmuje decyzję o leczeniu z dwóch powodów: nie chcemy umrzeć i chcemy, by nasze życie było lepsze. Wiara w to, że możemy w końcu być szczęśliwi, jest potężną motywacją, ale gdy poczucie szczęścia zbyt długo nie przychodzi, zaczynamy podważać wartość trzeźwego życia. – Za chwilę stuknie mi dwa lata trzeźwości – mówi Ula. – Mam za sobą roczną terapię grupową i indywidualną. Wiele w swoim życiu zmieniłam, pracuję, staram się, ale ciągle mam wrażenie, że nic nie osiągam, że nic nie mam, że jestem gorsza, samotna, nie mam kasy, perspektyw i w ogóle moje życie nie ma sensu. Gdybym piła i ćpała, przynajmniej od czasu do czasu miałabym z tego życia jakąś przyjemność, a tak mam wrażenie, że z wszystkiego zrezygnowałam i niewiele w zamian dostałam Tak jak Ula przez długi czas miałam podobne odczucia odnośnie do siebie i mojego życia. Mijały kolejne trzeźwe lata, a ja wciąż nie czułam szczególnej satysfakcji z życia. Początkowo miałam o to pretensje do świata, potem zastanawiałam się, co sama robię nie tak. Inni uzależnieni, których spotykałam na mityngach wydawali się tacy radośni, tacy szczęśliwi, a mnie wciąż coś nie pasowało, wciąż czułam się smutna, rozgoryczona, nieszczęśliwa. Obecnie to się zmieniło. Dlaczego? Co się zadziało? Patrząc z perspektywy czasu na swój wcześniejszy stan, wydaje mi się, że głównymi przyczynami mojego poczucia nieszczęśliwości były następujące czynniki: Zbyt duży poziom lęku Po odstawieniu substancji psychoaktywnych mój mózg był rozjechany. Przywykł do intensywnych wrażeń, do chemicznej stymulacji i bez tychże wydawał się ziemią jałową, zagubioną w kosmosie przerdzewiałą satelitą. Miałam problemy z pamięcią, z poskładaniem myśli czy zdań, emocjonalnie byłam rozdygotana, niepewna siebie. Z tym wątpliwej jakości wyposażeniem musiałam stawić czoła życiu i to na trzeźwo, co cholernie mnie przerażało. Poziom lęku był tak duży, że mnie paraliżował i w sumie uniemożliwiał jakiekolwiek konstruktywne działanie. Użalenie się nad sobą Choć na terapii wzięłam odpowiedzialność za swój nałóg, nie do końca wzięłam też tę odpowiedzialność za swoje życie. Wciąż zazdrościłam innym, że mają lepiej: mają więcej kasy, lepszą pracę, lepsze wykształcenie, wsparcie rodziny, są ode mnie mądrzejsi, ładniejsi itd. Jednocześnie cały czas skupiałam się na swoich brakach i dowalałam sobie. Nienawidziłam i siebie, i świata za jego niesprawiedliwy rozdział talentów i dóbr. Niewdzięczność Nie potrafiłam być wdzięczna. Niby na terapii kazano nam pisać codziennie wdzięczności, ale ja robiłam to mechanicznie. Nic przy tym nie czułam. Robiłam, bo kazali, ale w głębi ducha uważałam, że to bez sensu. Nic mi to nie dawało, nie syciło mnie, nie wypełniało pustki, a jedynie napawało wyrzutami sumienia, że powinnam być wdzięczna, a nie jestem. Kompletnie nie potrafiłam docenić tego, co mam. Może dlatego, że wydawało mi się, że mam tak niewiele i że inni mają więcej. Porównywanie się z innymi Nieustannie porównywałam się z innymi. Oczywiście w tym porównywaniu się widziałam wszędzie tylko tych lepszych od siebie, tych, którzy mają więcej. Ci, co mają mniej „nie byli godni” mojej uwagi. W efekcie żyłam w przekonaniu, że wszyscy mają lepiej niż ja. A to z kolei nakręcało moje użalanie się nad sobą i poczucie niesprawiedliwości. Egocentryzm Praktycznie non stop myślałam tylko o sobie. O swojej sytuacji, o tym, jaka jestem, jak wyglądam, czego nie mam, czego mi brakuje. Innymi zajmowałam się tylko w takim kontekście, żeby się z nimi porównać i czasami podbić sobie ego, jak okazywało się, że komuś wiedzie się gorzej niż mnie, coś ten ktoś bardziej niż ja partaczy w swoim życiu. Koncentracja na problemach Jak już wspomniałam, skupiałam się tylko na brakach, a to generowało myślenie życzeniowe pt: „gdybym miała więcej kasy, to mogłabym kupić to czy tamto i moje życie w końcu stałoby się znośne”, „gdybym w końcu spotkała jakiegoś przyzwoitego faceta, to nie byłabym taka samotna”, „gdybym wychowywała się w normalnej rodzinie, to dziś nie miałabym takich problemów ze sobą”. Jak mogę być szczęśliwa – tłumaczyłam sobie – gdy codziennie muszę dybać do pracy na piechotę kilka kilometrów, bo mnie nie stać na auto? Z czego mam się cieszyć, kiedy codziennie wracam z pracy do pustego domu i nie mam się do kogo przytulić, do kogo gęby otworzyć? Jak można nie zwariować, gdy w mojej głowie nieustannie demolkę czyni wewnętrzny krytyk, wytykając mi, jaka jestem beznadziejna? Lamentując tak ciągle, byłam tym lamentowaniem tak wypruta z energii, że nie miałam już siły na żadne sensowne działanie. Tym bardziej że kiedy nawet wpadałam na pomysł, że może by jednak warto było np. pomyśleć o jakimś doszkoleniu się zawodowym w celu znalezienia lepszej pracy, albo skorzystaniu z aplikacji randkowych, gdzie mogłabym kogoś poznać, albo dodatkowej terapii w kierunku DDA, żeby ogarnąć sprawę krytyka, zawsze znajdowałam tysiące powodów, które podważały sens takiego działania: a to, że „na szkolenie to jestem za głupia”, a to, że „szukanie faceta przez portale randkowe to obciach”, a to znów – „ile można się terapeutyzować, a kiedy będzie czas na życie?”. W efekcie nie robiłam nic (choć wydawało mi się, że tyram, bo przecież byłam non stop zmęczona) i tkwiłam w swoim problemowym bagnie. Roszczeniowość Tak, tak, wszyscy wkoło mówili, jak ważna jest pokora, gdy wkracza się na ścieżkę trzeźwości. I ja też na głowę to wiedziałam, rozumiałam. Ale jednak wewnętrznie wciąż miałam w sobie rozmaite oczekiwania wobec świata, siebie i innych ludzi. W gruncie rzeczy uważałam (choć oczywiście głośno o tym nie mówiłam), że pewne rzeczy mi się zwyczajnie należą, że skoro inni mają, to ja też powinnam je mieć, że skoro innym coś przyszło bez wysiłku, to i mnie powinno. Z taką postawą, kiedy po roku trzeźwości moje życie wciąż nie wyglądało na „och i ach”, uważałam, że to niesprawiedliwe. Kompletnie nie brałam pod uwagę chociażby tego, że jak się piło przez ostatnie 20 lat i przez ten czas niewiele sensownego w tym życiu się robiło, a wiele spierniczyło, to oczekiwanie, że w ciągu roku wszystko nagle się odwróci i zyska ożywcze znaczenie, jest z deka na wyrost. Niecierpliwość Przyzwyczajona do działania substancji psychoaktywnych, które wystarczyło zażyć, by otrzymać efekt „WOW” (tak było przynajmniej na początku nałogu), w trzeźwym życiu w różnych sprawach oczekiwałam tego samego – żeby efekt był natychmiast. Kompletnie nie potrafiłam odwlekać gratyfikacji, odwleczona gratyfikacja nie była dla mnie żadną gratyfikacją. Jak czegoś chciałam, musiałam to dostać teraz, natychmiast, bo inaczej szał, zawód, rozpacz. Mogłam tego nie okazywać na zewnątrz, to znaczy nie stałam na środku sklepu jak dzieciak i nie tupałam nóżkami, bo mama nie chce mi kupić zabawki, ale w środku tak właśnie się czułam. Nieustannie niezadowolona, bo moje chcenia nie były natychmiast zaspokajane. Uzależnienie od silnych bodźców Mało co w trzeźwym życiu było mnie w stanie zadowolić. Oczekiwałam haju, euforii, silnych wrażeń. Kiedy np. poznawałam zwykłego, „normalnego” faceta, który nie robił mi emocjonalnych jazd, nie manipulował mną, nie kłamał, nie wpadał w agresję, to mnie taki koleś wydawał się nudny. Jak w moim życiu zaczęło być stabilnie, spokojnie, bez wielkich wzlotów, ale i też bez bolesnych upadków, to łapałam poczucie beznadziei. Zaraz wtedy zaczynałam szukać sobie problemów, pakować się w jakiś wątpliwie bezpieczny związek, wszczynać konflikty w pracy, byle tylko poczuć, że coś się dzieje. Nieakceptacja rzeczywistości Rozstałam się z substancjami uzależniającymi, ale nie ze starym sposobem myślenia o rzeczywistości. To, co zasadniczo doprowadziło mnie do nałogu, czyli bunt przeciw temu jak jest, nadal mimo abstynencji trzymało mnie w szachu. Wciąż wychodziłam z założenia, że ja lepiej wiem, jak ta rzeczywistość ma wyglądać, a skoro nie wyglądało, to automatycznie „VETO!!!”. Tyle że stawianie veta nic nie zmieniało, bo rzeczywistość miała mnie w głębokim poważaniu. A ja ze swoim „wiem lepiej” mogłam jej nafiukać, gdyż generalnie rzeczywistości to wisiało, co ja o niej sądzę – była jaka była i albo mogłam to zaakceptować, albo walić głową w mur. Ja wybierałam walenie w mur. I to był wyłącznie mój wybór. Wszystko powyższe złożyło się na to, że w gruncie rzeczy nie było szans, żeby przy takim zestawie postaw, poglądów, działań, cokolwiek w moim życiu zmieniło się na lepsze. Nawet jeśli się zmieniało, to ja nie byłam w stanie tego zauważyć i docenić. Tkwiłam po uszy w koszmarze, który sama sobie konstruowałam. Jak wyrwać się z poczucia beznadziei? Przede wszystkim musiałam uczciwie tej swojej beznadziei się przyjrzeć. Rozłożyć ją na części i poznać jej składowe elementy (lista powyżej). Poza tym musiałam opracować plan naprawczy. U mnie wyglądało to tak, że kolejno brałam na tapet poszczególne punkty z listy i zastanawiałam się, co mogę z nimi zrobić, żeby nie bruździły mi w życiu. Wyglądało to mniej więcej tak: Po pierwsze, postanowiłam ogarnąć swoje lęki. W moim wypadku nie obyło się od leków od psychiatry, które wytłumiły mi lekotwórcze myśli i pozwoliły skoncentrować się na kreatywnym i racjonalnym działaniu. Po drugie, zrezygnowałam z tkwienia w roli ofiary. Zaczęło się od uświadomienia sobie jak obezwładniająca i wysysająca z energii jest ta rola. Zauważyłam, ile niechęci i pogardy mam do siebie, gdy się tak nad sobą użalam i gdy za swoje życiowe niepowodzenia oskarżam innych. I zobaczyłam też, jak zupełnie nic mi to nie daje, kompletnie nic w moim życiu nie zmienia. W pewnym momencie ta rola budziła już tylko moją niechęć. Zaczęłam mieć na nią swoistą alergię. Oczywiście to nie stało się z dnia na dzień. To był proces. Po trzecie, zaczęłam pracować nad nieocenianiem innych, nieporównywaniem się do innych i akceptacją rzeczywistości taką, jaka ona jest. W tym najbardziej pomógł mi program 12 kroków i filozofia buddyjska, medytacje. W praktyce polegało to na codziennym zauważaniu, kiedy moje myśli lecą starymi schematami i zawracaniem z tych ścieżek. Jak zaczynałam błądzić i udawało mi się to zauważyć, to mogłam już coś z tym zrobić. A ponieważ chciałam coś z tym zrobić, to krok po kroku na tych polach zaczęły zachodzić pozytywne zmiany. Na programie rozpracowałam też swój egocentryzm i dowiedziałam się wiele o naturze pokory, którą błędnie dotychczas rozumiałam i praktykowałam głównie w formie autokrytyki i samobiczowania się. Zaczęłam powoli „odhaczać się” od siebie. Starałam się sama siebie nie krytykować, nie dowalać sobie, nie być w stosunku do siebie surowa. Uczyłam się być dla siebie życzliwą. Dzięki temu, że miałam do siebie mniej niechęci, mniej się też na sobie koncentrowałam i wyzbywałam się egocentryzmu. Nasz umysł lubi się koncentrować na zagrożeniach i rozmaitych nieprzyjemnych aspektach rzeczywistości, jak coś jest „spoko”, to umysł sobie to pomija, trochę lekceważy. I to właśnie się stało ze mną i moim skupieniem na sobie, gdy zaczęłam traktować siebie z życzliwością. 😊 Po czwarte, odkryłam w sobie radość z bycia użyteczną. Program 12 kroków zachęca do służby, do niesienia posłania innym cierpiącym ludziom, do pomagania. Przez większość życia tkwiąc w roli ofiary i użalając się nad sobą, nastawiona byłam głównie na branie. To inni mieli mi dać, manna miała mi spaść z nieba, a ja miałam brać. Tyle, że to nigdy mnie nie syciło. Podle się czułam w roli biorcy, bez sił i jak o sobie sądziłam – bez wartości. A jednocześnie nie potrafiłam z tej roli wyjść, bo przecież mnie się należało, bo ja tu byłam poszkodowana i potrzebująca. Dzięki służbie na rzecz innych moje życie nabrało znaczenia. To było dla mnie odkrycie, że dając możemy zyskać znacznie więcej, niż dostając. Po piąte, musiałam się jakoś odstymulować i nauczyć cierpliwości. Z tym wciąż nie udało mi się jeszcze wystarczająco dobrze rozprawić. I nie wiem czy do końca mi się to uda. Ale przynajmniej staram się akceptować te niedoskonałości w moim funkcjonowaniu. Ponieważ dość silne jest to moje uzależnienie od mocnych bodźców, wciąż szukam rozwiązań tego problemu. Na razie wymyśliłam tyle, że szukam adrenaliny raczej w sporcie niż w relacjach. Jak wyżyję się fizycznie i emocjonalnie w aktywnościach sportowych, mam mniejszą ochotę na jazdy bez trzymanki w związku. Ba! Nawet czasem zdarza mi się zatęsknić za spokojem i nudą. A cierpliwość? No, nie jest ona moją mocną stroną, niemniej przypominanie sobie o tym, że na wiele rzeczy nie mam wpływu oraz że w życiu naprawdę nie wszystko musi być po mojemu i natychmiast, trochę usadza mnie na tyłku. (PS. No i jak widać zaczęłam się koncentrować na rozwiązaniach, a nie na problemach). Po szóste, wdzięczność. Na jej pojawienie się czekałam najdłużej, ale w końcu ją poczułam. Wcześniej jednak musiałam rozmontować wszystkie inne rzeczy z mojej listy wad. Myślę, że strasznie trudno poczuć wdzięczność, jeśli prezentuje się stricte roszczeniową, egocentryczną, pełną żalu i poczucia niesprawiedliwości postawę. Wdzięczność rodzi się z pewnej uważności, otwartości serca (?) i w spokoju. Przynajmniej u mnie tak to wyglądało. Przyznam, że kocham te momenty, kiedy ją odczuwam. A te pojawiają się coraz częściej. Co mnie nieustannie zadziwia. *** Droga do momentu, w którym jestem, zajęła mi w sumie 15 lat, czyli prawie tyle samo, ile poświęciłam na czynne uprawianie nałogu. W moim przypadku szczęście nie przyszło nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale w końcu przyszło (może jednak jestem cierpliwa 😊). W międzyczasie przeżyłam mnóstwo kryzysów i zwątpień, takich jak Ula. Mimo nich kontynuowałam tę drogę przez mękę, żywiąc nadzieję, że kiedyś i mnie będzie dane poczuć radość i zadowolenie z trzeźwego życia. 15 lat to szmat czasu, więc zwłaszcza Ci, którzy są na początku swoje ścieżki zdrowienia, mogą w tym momencie poczuć zniechęcenie. Ale ja opisuję tu tylko swój własny przypadek, tymczasem z relacji innych trzeźwiejących osób wynika, że ścieżka ta często jest znacznie krótsza. Tak czy inaczej, ja nie żałuję tej przebytej drogi. Według mnie było warto. Mira

moje życie jest bez sensu